Wczoraj, bez w sumie…

Wczoraj, bez w sumie jakiegokolwiek echa, minęło 76 lat od śmierci jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich – Brunona Schulza.
Schulz urodził się w Drohobyczu w rodzinie zasymilowanych żydów. W domu mówiono wyłącznie po polsku, w tym też języku Bruno stworzył swój skromny, ale niezwykle piękny dorobek literacki.
W 1919 ukończył gimnazjum im. Cesarza Franciszka Józefa w Drohobyczu, jako jeden z najlepszych uczniów. Po zdaniu matury z wyróżnieniem, studiował architekturę na Politechnice Lwowskiej. Wkrótce jednak musiał przerwać naukę, ze względu na chorobę serca i płuc. Powrócił na uczelnię w roku akademickim 1913/1914, tym razem jednak tok studiów zastopował wybuch I Wojny Światowej. W obawie przed inwazją rosyjską, wraz z rodziną wyjechał do Wiednia, gdzie bez większych rezultatów studiował na Politechnice Wiedeńskiej i tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Żadnego z kierunków nie ukończył i w 1915 Schulzowie wrócili do Drohobycza.
Schulz pisał, malował, jednak pewnie nigdy nie stałby się znany poza rodzinną miejscowością, gdyby nie wstawienictwo Zofii Nałkowskiej, która dostawszy do rąk rękopis „Sklepów cynamonowych” słusznie dostrzegła nieprzeciętną wartość literacką dzieła i pomogła w jego wydaniu. Z dnia na dzień Schulz z anonimowego nauczyciela prac ręcznych i matematyki stał się rozpoznawalnym i szanowanym w środowisku pisarzem. Niespecjalnie poprawiło to jego warunki życiowe, pomogło mu natomiast nawiązać kontakty z wieloma dużymi nazwiskami w świecie polskiej kultury – korespondował z Witkacym i Gombrowiczem, zaś pochlebnie o „Sklepach” wypowiadali się również Staff, Tuwim i Słonimski.
W 1937 ukazał się drugi, i jak się potem okazało – ostatni, zbiór opowiadań Schulza „Sanatorium pod klepsydrą”.
Schulz zginął od kuli gestapowca 100 metrów od swojego domu w Drohobyczu, 19 listopada 1942 roku. Szedł po chleb. Ciało pisarza przez cały dzień leżało na ulicy, bo nie pozwalano go pochować. Prawdopodobnie, ostatecznie złożono je w zbiorowej mogile, której po wojnie nigdy nie udało się odnaleźć.

Po artyście, poza rysunkami, pozostały nam dwa zbiory opowiadań. Styl Schulza to utrzymana w onirycznej atmosferze podróż do krainy dzieciństwa – elementy rzeczywiste płynnie przechodzą w senne wizje, całość zaś opisana jest charakterystycznym, niezwykle bogatym językiem.
Bruno miał napisać jeszcze jedną powieść – „Mesjasz”, której rękopis zaginął w czasie wojny. Ostał się tylko pierwszy wiersz, przytoczony przez Artura Sandauera, który miał okazję zapoznać się z rękopisem w czasie okupacji:
„Wiesz – powiedziała mi rano matka. – Przyszedł Mesjasz. Jest już w Samborze”.

Schulz jest dla mnie osobiście artystą niezwykle ważnym – do dziś pamiętam lekcję języka polskiego, gdy dostaliśmy do przeczytania fragment „Sklepów” – to był pierwszy raz w życiu, gdy autentycznie zachwycił mnie język – plastyczny, pełen porównań, jednocześnie niezwykle lekki i poetycki. Zaciekawiony, przeczytałem potem całość i wrażenie było jeszcze intensywniejsze. Do dziś, gdy tylko widzę pierwsze zdania „Sklepów” w mojej głowie ożywa świat pełen kolorów, zapachów i smaków.
„W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich. Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek.”
#literatura #historia