Jak historia to historia, nie…

Jak historia to historia, nie będzie cały czas surowo tylko o Kaczyńskim. Robert Krasowski o miałkości Tuska i rządzeniu zastąpionym niewolnictwem sondaży:

Zanim Tusk wziął władzę, techniki społecznej manipulacji były już dobrze znane polskiej polityce i miały w niej ważne miejsce. Ale jako instrument wygrywania wyborów, wychodzenia z politycznego kryzysu czy reperowania nadszarpniętego wizerunku. Natomiast Tusk tych narzędzi użył jako głównej metody rządzenia. Poza wysiłkiem administracyjnym energia premiera koncentrowała się na manipulowaniu społecznymi emocjami. Różnie się udawało, raz lepiej, raz gorzej, ale ważniejsza była przyjęta metoda. Gdy pojawiał się problem, ekipa Tuska słyszała od szefa pytanie: „Czym to przykryć?”. W ten sposób rodziły się pomysły, czym nakarmić społeczną uwagę. Mogła to być zapowiedź kastracji pedofilów albo wyprawa premiera do Afganistanu. Z początku takie gry wydawały się nie tyle cynizmem, co dziwactwem. Wywracały wyobrażania na temat polityki, wiarę w mądrość demosu i w powagę władzy. Jednak po latach stało się jasne, że Tusk poznał demos i władzę dużo lepiej niż jego krytycy. Okazało się, że polityka od wieków się nie zmieniła. Jeśli władza nie musi, nie opiekuje się masami, lecz nimi manipuluje. Dla Tuska, podobnie jak dla Kaczyńskiego, manipulacja społeczną świadomością była zawsze pierwszym odruchem. Natomiast realia – czyli instytucje, warunki życia, społeczne praktyki – mało ich obchodziły. Tusk uważał, że państwo jest zbyt słabe, aby próbować rzeźbić rzeczywistość, więc o niej nawet nie myślał. Kaczyński postępował inaczej, sporo o rzeczywistości myślał, ale w trybie publicystycznym, tworząc na jej temat kolejne teorie, natomiast jako polityk nigdy się z nią nie mierzył. Obaj wyłącznym polem swej aktywności uczynili społeczne emocje.

(…) Największą zręcznością wykazał się w organizowaniu własnego zaplecza. Jako lider partii i rządu miał sytuację trudniejszą, niż miał Kaczyński. Brakowało mu jego charyzmy i wyjątkowości, przez długie lata szefem Platformy równie dobrze mógł być Olechowski, Piskorski, Gilowska czy Rokita. Wypracowanie pozycji, jaką miał Kaczyński, wymagało więcej wysiłku, więcej bezwzględności i więcej zręczności. Również dlatego, że centrowy wyborca Platformy miał – jak powszechnie mówiono – inną wrażliwość. Miał nie tolerować despotycznych jednostek. Miał się brzydzić czystek, w których się wyrzuca najzdolniejszych ludzi. Miał się burzyć, gdy państwo się obsadza miernymi kadrami. Poprzedni gospodarze politycznego centrum – Mazowiecki, Geremek, Kwaśniewski – mieli pewność, że takie praktyki byłyby politycznym samobójstwem. Nawet Miller, który łamał wiele reguł, nie odważył się wyrzucić Oleksego, Borowskiego czy Cimoszewicza. Albo odesłać ich na ławkę rezerwowych, a państwo obsadzić drugim garniturem. Tymczasem Tusk się odważył. Poszedł za swoją intuicją, bo rozumiał, że masy są masami, wszystko jedno, czy są prawicowe, centrowe, czy lewicowe. Zlekceważył wyobrażenia na temat centrowego elektoratu, bo uznał je za wymysł elit. Projekcję własnej wrażliwości na masy.

pokaż spoiler Robert Krasowski, „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt”, Warszawa 2016

#historiapolitycznaiiirp

#historia #polityka #4konserwy #neuropa #tusk #pr #ksiazki