Czasem drobne wydarzenie…

Czasem drobne wydarzenie staje się powodem wielkiego nieszczęścia. Tak właśnie stało się niedzielnym wieczorem 7 grudnia 1376 roku w Krakowie, gdy sprzeczka o wóz z sianem zakończyła się zabiciem co najmniej kilkudziesięciu osób. Polską rządził wówczas król Ludwik Węgierski, choć faktyczne rządy w jego imieniu sprawowała regentka – „starsza królowa” Elżbieta Łokietkówna. Była córką Władysława Łokietka i starszą siostrą Kazimierza Wielkiego. W 1320 roku jej zaślubiny z królem Karolem Robertem Andegaweńskim umocniły sojusz polsko-węgierski, oparty nie tylko na przyjaźni i wzajemnie świadczonej pomocy, ale i na wspólnocie interesów. Sojusz ten trwał prawie cały XIV wiek, a następcy Łokietka i Karola Roberta uczynili się nawzajem swoimi spadkobiercami w przypadku śmierci bez męskiego potomka. Gdy w 1370 roku zmarł Kazimierz Wielki, polską koronę otrzymał jego węgierski siostrzeniec Ludwik. Choć nie bywał w Polsce zbyt często, starał się poznać polskie prawa i obyczaje, dbać o dobre relacje z elitami oraz zabezpieczyć polski tron dla jednej ze swoich trzech córek. Sprawę sukcesji prowadziła regentka, a przywilej w Koszycach będący zapłatą dla polskiej szlachty za poparcie, stał się podstawą przyszłego polskiego parlamentaryzmu. Kolejny pobyt Elżbiety w 1376 roku splótł się z okolicznościami, które zakończyły się masakrą i złą famą królowej. Regentka przybyła do Polski w końcu października i prawie zaraz sandomierska szlachta przekazała jej wieści, że Litwini szykują napaść. Elżbieta odpowiedziała: „Długa a potężna u mego syna ręka”, co na tyle uspokoiło Sandomierzan, że nie poczynili przygotowań obronnych. Zemściło się to kilka dni później, gdy faktycznie Litwini nawiedzili Małopolskę ogniem i mieczem, pustosząc kraj aż po Tarnów i uprowadzając podobno aż 23 tys. jasyru. Królowa pocieszała poszkodowanych, że jej syn zemści się na napastnikach i aby zatrzeć fatalne wrażenie klęski, organizowała liczne uczty na zamku wawelskim, gdzie zgromadziły się jej węgierski dwór i małopolska elita. W niedzielę 7 grudnia 1376 roku Elżbieta nakazała „czynić przed sobą tańce, śpiewy, muzyki i tym podobne uciechy światowe”. Gdy na Wawelu elita bawiła się w najlepsze, w pobliżu zamku doszło do błahego, wydawałoby się, wydarzenia. Przez nieistniejącą już bramę bocheńską, biegnącą do miasta prawdopodobnie od strony Kazimierza, wjechał wóz z sianem. Było ono przeznaczone dla mieszkającego w Krakowie marszałka Przedbora z Brzezia. Swawoląca w pobliżu węgierska czeladź napadła na powożących i próbowała uprowadzić wóz w kierunku swojej gospody. Polscy słudzy zaczęli bronić się przed napastnikami. Bójka zaczęła się w najlepsze, a na obustronny krzyk zaczęły przybywać posiłki – Polacy i Węgrzy – na pomoc swoim. Uczestników przybywało, bo w mieście zgromadziła się znaczna liczba służby polskiej i węgierskiej, którzy przyjechali wraz z gośćmi monarchini. Gdy wieści o bójce dotarły na zamek, królowa wysłała starostę krakowskiego Jaśka Kmitę z kilkoma panami, aby uspokoili sytuację. Zaczęli krzykiem przywracać porządek, gdy nagle jeden nieznany z nazwiska Węgier wystrzelił z łuku do starosty.Strzał był śmiertelny, Kmita spadł z konia i zmarł na miejscu. Ta dość przypadkowa śmierć wielmoży rozjuszyła krewnych, „stryjców herbowych” i obecnych na miejscu Polaków. Rzucili się na Węgrów, chcąc pomścić śmierć Polaka. Część Madziarów rozpierzchła się. Rozpoczęło się polowanie na Węgrów przebywających na mieście, wywlekano ich z kryjówek, nie przebaczano „ani płci, ani wiekowi”. Królowa rozkazała zamknąć bramy zamku, aby rozróby nie przeniosły się na Wawel. W czasie krwawej nocy wielu Polaków, w tym właściciel wozu, usiłowało jednak ratować bratanków przed rodakami. Nie zawsze kończyło się to sukcesem. Przedbor z Brzezia schował w swoim domu w ciemnej komorze dwóch węgierskich paziów, ulubieńców królowej. Niestety, gdy podążył na Wawel do Elżbiety, jego służący wyłamali drzwi do komory, zamordowali paziów, obrabowali ich z odzieży i nagich wyrzucili na ulicę. Bratankom znad Dunaju pomagały w ucieczce polskie damy i panny, które spuściły drabiny z okien i murów zamku, ratując w ten sposób życie wielu Węgrom. Krwawej nocy poległo od 80 do być może nawet 160 Węgrów, 76 z nich pochowano w kościele Franciszkanów. Węgierscy goście w Krakowie znani byli co prawda z zapalczywości i bezczelności, więc bójek z ludnością lokalną stoczono pewnie więcej. Ta jednak w wyniku nieszczęśliwie celnej strzały stała się początkiem krwawej masakry. Po Świętach i Nowym Roku obarczana winą za litewski najazd, „rozżalona i przestraszona” królowa wyjechała na Węgry. Nielubiący jej kronikarz Janko z Czarnkowa przywołał w swoim dziele nawet przekleństwo proroka Izajasza „Niewiasta zabrała rządy i panuje nad moim narodem”. Inni polscy kronikarze dodali jej złośliwie 10 lat do faktycznego wieku. Współcześni zwali ją pogardliwie królową Kikutą – w prawej dłoni brakowało jej czterech palców. Straciła je podczas zamachu na swoje życie parędziesiąt lat wcześniej. W Europie cieszyła się sławą jednej z najbardziej światłych i wykształconych monarchiń, jeździła w sprawach państwowych do Neapolu, Rzymu i Akwizgranu. Co życzliwsi jej Polacy zwracali uwagę, że to do Sandomierzan należało strzeżenie granicy. Ludwik Węgierski zmienił swojego przedstawiciela w Polsce, a rok po litewskim ataku dokonał na napastnikach odwetu. Nowy namiestnik, Władysław Opolczyk, nie był jednak lubiany, a wojenne zdobycze na Litwinach wraz z całą Rusią Czerwoną przyłączono do Węgier. Część jej dotychczasowych przeciwników zapewne zatęskniła wówczas za powrotem „starej królowej”.
#ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #polska #wegry #historia #pitaval

Czytaj więcej: https://gazetakrakowska.pl/krakowska-rzez-wegrow/ar/346384