Był 10 września 2000 roku,…

Był 10 września 2000 roku, słońce nad Morzem Północnym od 30 minut było ponad horyzontem. Wschodni wiatr nie przekraczał 20 węzłów, morze było dość spokojne, dało się słyszeć pomruk fal. Najbliższy ląd znajdował się 50 kilometrów od miejsca akcji.
SY Bieszczady, prawie 14 metrowa jednostka została wybudowana 26 lat wcześniej w Gdańsku i przekazana Centrum Wychowania Młodzieży ZHP w Gdyni. Obecnie płynęła z 8 osobami na pokładzie, był to ostatni rejs tej jednostki, który przeżyła tylko jedna osoba.
Jacht płynął z prędkością 7 węzłów w kierunku południowym, na pokładzie znajdowało się trzech członków załogi: kapitan L.Ł, żeglarz R.M i sterniczka M.K. Wachta zaczęła się około 4.15. Krótko po rozpoczęciu wachty M.K. widziała, w dużej odległości przed dziobem, dwa pojedyncze białe światła: jedno po lewej, a drugie – lekko po prawej burcie. Około 5.20 jacht płynąc na południe przeciął kurs gazowca m/w Lady Elena. Cztery minuty później kapitan jachtu polecił zmienić kurs M.K. Ta przesiadła się na lewą burtę trzymając rumpel i obserwowała kompas aby dojść do kursu 10 stopni. W pewnym momencie dostrzegła przerażenie na twarzy R.M, po obróceniu się za siebie dostrzegła płynący w ich kierunku gazowiec.
Chwilę wcześniej na pokładzie m/v Lady Elena dostrzeżono zarys żagla, jacht był nieoświetlony. Po przejściu przed dziobem gazowca starszy marynarz, który pełnił w tym czasie wachtę podjął decyzję o zwrocie w lewo, gdyż jacht znajdował się już na prawej burcie. Po chwili dostrzeżono, że jacht zmienił kurs i ponownie miał przeciąć drogę gazowca z prawej strony. Jak się okazało później 13 metrowa jednostka zdołała dokonać jeszcze jednego zwrotu tuż przed kolizją.
m/v Lady Elena uderza gruszką dziobową w prawą burtę SY Bieszczady, była 5:24. Jacht został rozerwany na pół, a część szczątków wciągnięta pod gazowiec. Dopiero po 6 minutach na mostek Lady Eleny wezwano kapitana. Załoga gazowca obserwuje morze, dostrzega białe światło więc uznano, że udało się uniknąć kolizji, by upewnić się o tym fakcie nadano komunikat na kanale 16 UKF, ten jednak nie doczekał się odpowiedzi. Kilka minut później na rufie dostrzeżono czerwoną rakietę, o 5:46 gazowiec rozpoczął zwrot w prawo by powrócić na miejsce wypadku.
Około 5:55 na miejsce wypadku dopływa kuter rybacki, którego kapitan także dostrzegł czerwoną rakietę. Udając się na pomoc rozbitkom kuter nadał sygnał MAYDAY (to światła tej jednostki zobaczyła załoga gazowca). Rybacy podjęli z wody M.K, która dryfowała na tratwie i wystrzeliła rakietę. Przekazała ona załodze kutra, że w wodzie znajduje się jeszcze 7 osób. Rozpoczęła się akcja ratunkowa, w którą zaangażowano 2 śmigłowce i 5 statków. m/v Lady Elena poszukiwała rozbitków do godziny 12.15, bez skutków. Jedynie śmigłowcom udało się podjąć z wody dwa ciała.
Kolejne 3 ofiary katastrofy wydobyto dopiero 14 września, podczas akcji wydobywania wraku. Po dwóch miesiącach w sieciach rybackich dostrzeżona została 7 ofiara zderzenia. Do dziś nie znaleziono ostatniej ofiary, żeglarza jachtowego T.M.
W orzeczeniu wydanym przez Odwoławczą Izbę Morską jako przyczyny katastrofy wskazano niedostateczne oświetlenie jachtu (wymagane światła burtowe były wyłączone w krytycznym momencie), niewystarczający reflektor radarowy, który nie dawał wystarczającego odbicia (jednostka nie powinna zostać dopuszczona do żeglugi) i niewłaściwą obserwację prowadzoną przez załogę jachtu. Winą za niewłaściwą obserwację obarczono również załogę gazowca.
Do dziś nie orzeczono kto był winnym tragedii, od pierwszego wyroku z 2001, odwołało się Centrum Wychowania Morskiego ZHP. Odwołanie oparto o pierwszeństwo jakie miała polska jednostka a także zarzucono zbyt późną reakcję załodze m/v Lady Elena, która mogła dużo szybciej podjąć akcję ratunkową. Kolejny wyrok wydano ponad sześć lat po wypadku stwierdzając że przyczyną zdarzenia było niepowodzenie manewrów ostatniej chwili, „spowodowanych wcześniejszym brakiem działań jednostek w celu uniknięcia nadmiernego zbliżenia”. Nikt nie został skazany.
Jedyna ocalała- M.K, brała udział w obu postępowaniach Izby Morskiej, przez cały ten czas będąc pod opieką psychiatryczną. Spotkała się ona z zarzutami rodzin pozostałych żeglarzy o spowodowanie katastrofy. Co więcej, właściciel gazowca insynuował, że sterniczka celowo doprowadziła do kolizji chcąc popełnić samobójstwo. M.K wróciła do żeglowania rok po wypadku.
Obecnie szczątki jachtu znajdują się w Narodowym Muzeum Morskim w Gdańsku, a w Gdyni na alei Jana Pawła II stoi pomnik upamiętniający ofiary tego tragicznego zajścia.

Dla dociekliwych kilka linków:
http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/1,35612,18742262,mt-15-lat-temu-zatonal-jacht-bieszczady-winnych-nie-ma.html
http://www.kapitanowie.org.pl/magazyn/janek/izba/bieszczady.htm
https://pl.wikipedia.org/wiki/SY_Bieszczady
#katastrofa #gruparatowaniapoziomu #zeglarstwo i już trochę #historia #morze